Uncharted: Drake’s Fortune

Uncharted to jeden z domniemanych „system-sellerów”, tytułów które miały sprzedać PS3. Wszyscy fani Sony wyczekiwali tego typu produkcji niczym kolejnego nadejścia Mesjasza. Było już kilka podejść i (prawie) każde skończyło się efektownym fiaskiem oraz owacjami ze strony miłośników Xbox’a. Jednak w końcu udało się! Drake’s Fortune jest godnym rywalem Gears of War – to nowa marka, dla której warto kupić czarnulkę.

Deweloperem gry jest Naughty Dog – specjaliści od platformerów, którzy oczarowali nas hitami takimi jak Crash Bandicoot oraz Jak. Tym razem twórcy wskakują do głębokiej wody i opowiadają historię, która pełnymi garściami czerpie z przygód Lary Croft oraz Indy’ego Jonesa. Wcielamy się w Nate’a. Ów młodzieniec pochwalić się może niezniszczalną fryzurą (growy Ben Affleck), sympatycznym poczuciem humoru, małpią zwinnością oraz nietuzinkowym przodkiem. Nasz bohater samozwańczo uznaje się za dalekiego potomka Sir Francisa Drake’a.

Fabuła nie należy do wymyślnych, ale mimo to, potrafi przykuć do telewizora. Nate odnajduje trumnę wspomnianego wcześniej sławnego podróżnika. Brak ciała rekompensuje tajemniczy dziennik, który nawet po 200 latach na dnie morza pozostał całkowicie suchy i czytelny. Blog starego Drake’a jest skróconą wersją poradnika pt. „jak krok po kroku odnaleźć legendarne El Dorado”. Stawka jest wysoka, w grę wchodzi góra złota! Cała sprawa w ekspresowym tempie przyciąga piratów oraz najemników wysłanych wierzyciela Sullivana – wiernego towarzysz przygód Nate’a. Naughty Dog może pochwalić się niesamowitą galerią, wspaniale nakreślonych postaci. Mało która gra posiada tak ciekawą plejadę bohaterów. Drake to dowcipny łowca skarbów, który przypomina mi cusslerowskiego Dirka Pitta. Wraz z podstarzałym i łasym na złoto Sully’m tworzą jedyny w swoim rodzaju duet inteligentnych hien cmentarnych. Na dzień dobry poznajemy również Elenę – przebiegłą i rządną sensacji dziennikarkę, która kręci reportaż dotyczący legendy Francisa Drake’a. Co dziwne, nie ma ona wielkich „zderzaków”, ani tym bardziej idealnej figury! Postaci negatywne również dadzą się lubić. Siwy gentleman ściga zadłużonego u niego Sully’ego a pomagają mu w tym: niezdarny przywódca piratów oraz niedouczony pseudo-archeolog. Wyścig do El Dorado obfituje w zdrady i zauroczenia, ale wątki poboczne nie są przesadnie rozdmuchane. Drake’s Fortune jest growym odpowiednikiem filmowych przygód Indiany Jonesa – fabuła jest przemyślana i sprawnie opowiedziana, epicka i zabawna. Gwarantuje dobrą rozrywkę, w moim przypadku całość starczyła na pięć długich (naprawdę długich) wieczorów.

„Plastik” – takie odczucia towarzyszom podczas pierwszych minut gry. Nie da się tego ukryć, Uncharted ma specyficzny wygląd i trzeba się do tego przyzwyczaić. Twórcy założyli sobie prosty cel: „nie chcemy robić kolejnej „brudnej” gry pokroju Gears of War – u nas będzie kolorowo”. Naughty Dog to zwolennicy starej szkoły, twarze głównych bohaterów wykonali ręcznie (bez użycia zdjęć) a każda lokacja powstała najpierw w głowach artystów, którzy naszkicowali dziesiątki konceptów. Im dłużej się gra, tym całość coraz bardziej zachwyca. Drake’s Fortune nie udaje na siłę rzeczywistości, proponuje specyficzną, bardzo plastyczną oprawę, dzięki której większość widoków w grze wygląda jak klasyczne, ręcznie malowane pocztówki! Czuć ten baśniowy klimat. Jednocześnie gra prezentuje paletę bardzo wyrafinowanych efektów. Jest zaawansowany blur oraz sugestywna gra świateł. Wszystkie tekstury są ostre jak brzytwa a obiekty otrzymały bardzo realistyczną fakturę. Nate może się nawet zamoczyć (nasiąknięte ubrania) a jego zabetonowane włosy wcale nie przeszkadzają! Technika dogania wspaniałą pracę artystów a Uncharted jest grą, która z powodzeniem pokazuje, na co stać chlebaczek.

Przygody Drake’a są dedykowane maruderom, którzy narzekali na nudę wiejącą, od Gears of War. Gameplay zasadniczo składa się z czterech różnych elementów – skakania po platformach, strzelania do złych murzynów, fragmentów z pojazdami (będzie sporo wybuchów) oraz banalnie prostych zagadek. Jeśli chodzi o wygibasy wśród run… Tak właśnie powinien wyglądać nowy Tomb Raider! Wspinaczka Nate’a wygląda niesamowicie a przy tym dostarcza nieziemskiej zabawy. Wystarczy minimalna doza zręczności, aby skakać wśród skalnych półek niczym doświadczona koza! Przejazdy jeepem czy też skuterem wodnym również dostarczają olbrzymiej frajdy – szczególnie wtedy, gdy lawirujemy wśród beczek, płynąć w górę rwącego potoku. Niestety, dwie pozostałe wariacje rozrywki nie są przygotowane tak jak powinny. Podczas potyczek z wrogiem możemy, na wzór konkurencji, chować się za przeszkodami. Nie dość tego, gdy jakiś bandzior podbiegnie blisko, możemy wykonać na nim proste, ale bardzo efektywne, combo. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie irytująca umiejętność (głównie) czarnoskórych oponentów – potrafią oni z drugiej strony mapy strzelić nam prosto w głowę. Rozumiem, że dżungla hartuje, ale na litość… Jak można tak sztucznie wydłużać sekwencje strzelane? Kolejne fale wrogów denerwowały mnie szczególnie w połowie zabawy – początek i koniec są lepiej wyważone. Dalej uczepię się zagadek. Ja wiem, że to produkt dla mas, ale przedstawione łamigłówki potrafiłby rozwiązać upośledzony szympans. Owszem, są one przemyślane, ale można by zaangażować gracza intelektualnie w większym stopniu. Tak pozostaje wciskanie lub przekręcanie symboli/rzeźb według łopatologicznych podpowiedzi serwowanych przez dziennik Francisa. Marudzę na siłę, ale chciałbym bardziej wyrównanej i wymagającej (umysłowo) rozgrywki – tak, aby całość utworzyła interaktywny, zabawny, efektowny i inteligentny film.

Zapomniałem wspomnieć o muzyce, ale nie zdziwię nikogo jak napiszę, że jest świetna. Materiał, który z powodzeniem mógłby zarobić jako osobne wydawnictwo. Efekty dźwiękowe są najwyższej klasy, podobnie jak dialogi, przy których niejednokrotnie zdarzyło mi się głośno wybuchnąć śmiechem. Scenariusz tej gry z powodzeniem mógłby posłużyć jako podstawa dla wciągającej książki przygodowej. Niestety, Uncharted to gra na góra trzy przejścia, choć maniacy twierdzą pewnie inaczej. Całość jest liniowa i kolejne podejścia to w głównej mierze zbieractwo porozrzucanych tu i ówdzie skarbów. Zabrakło trybu wieloosobowego a szkoda, bo system walki i wspaniałe scenerie mogłyby zaowocować sympatycznym deathmatchem lub coop’em. Na osłodę dodano całą masę materiałów bonusowych. Są relacje „zza kulis” oraz filmy prezentujące zastosowane technologie. Wielbiciele humoru serwowanego przez Noughty Dog nie będą zawiedzeni. Można przejrzeć olbrzymią ilość obrazków koncepcyjnych, które są odblokowywane (podobnie jak video) wraz z naszymi postępami w grze. Miłym akcentem jest możliwość odtwarzania wszystkich przerywników, które mieliśmy okazję zobaczyć podczas naszej przygody. Wierzcie mi, wyreżyserowane są świetnie i warto do nich wracać.

Czas na finał. Uncharted to bez dwóch zdań najlepszy dostępny obecnie (Snake, czekam) tytuł na PlayStation 3. Nawet GTA IV poszło w odstawkę na czas odkrywania historii Sir Francisa Drake’a a to już coś znaczy. Naughty Dog proponuje całkiem długą, kolorową, ciut baśniową i co najlepsze – bardzo zróżnicowaną i wciągającą rozgrywkę. Każdy posiadacz chlebaka musi w to zagrać! Ocena surowa, bo druga część musi być perfekcyjna w każdym calu!

 8/10


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Jedna myśl na temat “Uncharted: Drake’s Fortune

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *