Quo vadis e-sporcie?

Kryzys zagląda głęboko w nasze oczy oraz portfele. Mimo złych nastrojów ekonomicznych, przemysł gier trzyma się dziarsko. Złą kondycję Midwaya oraz liczne zwolnienia w Microsofcie, Sony, EA oraz Eidosie pominę chwilą milczenia. Niestety, nie można tak powiedzieć o e-sporcie, dla którego pierwszy kwartał 2009 stał się początkiem krwawej rzezi niewiniątek.

Dawniej było pięknie. Początek XXI wieku to agresywna ofensywa e-sportu. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne duże imprezy, z coraz to większą pulą nagród. Wszyscy byli wniebowzięci i wsłuchiwali się w metaliczny zgrzyt otwieranej kasy. Pieniądze bardzo szybko zdobyły serca tzw. pro gamerów występujących na pro turniejach. Astronomiczne liczby i sławne nazwiska przekładały się na coraz większą popularność zawodów. Wydawało się, że e-sport stał się świetnie działającą maszynką do robienia pieniędzy.

Niestety, kiedyś musiała skończyć się ta idylla. Od początku roku wszystkie serwisy informacyjne donoszą o kolejnych upadłościach w e-sporcie. Nie chodzi mi o podrzędne klany lub organizacje lokalne. Okazało się, że na glinianych nogach stali (lub jeszcze się zataczają) tacy tytani jak Esport Nation (właściciele mYm), SK Gaming a nawet Game Services (organizator ESWC). Jedno pstryknięcie palcami i połowa profesjonalnej sceny gamingowej leży w grobie. Żałosne i zabawne zarazem.

Jak to się stało? Tutaj nawiążę m.in. do artykułu Fomfnego, redaktora espmania.pl. Mówiąc wprost – żadna z tych organizacji nie zarabiała. Choć brzmi to nierealnie, e-sport w lwiej części opiera się na następującym modelu: Płaci sponsor, pensje dostają managerowie oraz gracze a reszta pieniędzy zostaje przeznaczona na nagrody, wyjazdy i kolejne turnieje. Pewnie już zauważyliście, że nie wspomniałem o dochodach. Takowych po prostu nie ma, lub są one nieadekwatne do kosztów całego przedsięwzięcia. W dobie kryzysu (ten zwrot jest ostatnio powtarzany do znudzenia) departamenty marketingu olbrzymich korporacji wykreśliły e-sport z listy wydatków. Całkiem słusznie z resztą.

Taki obrót spraw w bardzo szybkim czasie doprowadził do prawdziwej tragedii. Nie dość, że poważane firmy musiały ogłosić bankructwo, to dodatkowo lament podnieśli gracze, którzy nie dostali wygranych i pensji. Jest to o tyle śmieszne, że przez kilka lat, ci sami zawodnicy nie potrafili doprowadzić do powstania międzynarodowej organizacji zajmującej się ich dyscypliną, nie istnieje nawet żadne stowarzyszenie mogące bronić praw pro gamerów. Tak to właśnie jest, gdy szeleszczące dolary przesłonią wzrok.

Największym błędem e-sportu jest jego zbyt szybki rozwój. Szeroki strumień gotówki płynącej od sponsorów doprowadził do sztucznego rozdmuchania bańki pełnej wielkich nadziei, dumy oraz pychy. Pasja oraz chęć czerpania przyjemności z gry zniknęły bardzo szybko, a to właśnie te cechy doprowadziły do powstania oraz rozwoju najpopularniejszych dyscyplin sportowych. E-sport w takiej formie – stricte komercyjnego bękarta branży rozrywkowej – musiał się kiedyś zawalić. Dobrze się stało! Mam nadzieję, że za dwa lata managerowie znanych zespół ukończą kursy zarządzania i pomyślą dwa razy, zanim podpiszą „lukratywny kontrakt” z kolejnym obiecującym zawodnikiem. Tymczasem wszystkim graczom życzę miłego powrotu do lokalnych lanparty.


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Jedna myśl na temat “Quo vadis e-sporcie?

  1. Święte słowa, sam w tym kiedyś uczestniczyłem i można było odczuć wielką pychę jaka stała za warstwą menadżerską.
    Teraz dopływ kasy się skończył i trzeba nauczyć się pokory. Bardzo dobry tekst 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *