Qam 102

Jeśli statystyki WordPressa nie kłamią, to właśnie macie przyjemność czytać mój 102 artykuł, który ukazał się na tym blogu. Ponieważ bardzo długo zwlekałem z tym jubileuszowym tekstem, nawet nie zauważyłem, że właśnie minęły trzy lata istnienia strony. W ten oto sposób wypadła podwójna, wybitnie odpowiednia okazja do świętowania. Daruję sobie jednak tyrady na temat tego co będzie, tym razem opowiem o tym, co się zmieniło. Trochę się tego nazbierało.

Ostatnio wciąż zbiera mnie na wspominki. Chyba dziadzieję lub umieram, ale wciąż myślę o dawnych czasach. Niezapomniane lata 90. były dla mnie „grajem” obiecanym. Praktycznie zero obowiązków i problemów. Po powrocie ze szkoły mogłem się po uszy zanurzyć w cyfrowym świecie. Nie traktujcie tego, jak spowiedzi pryszczatego no-life’a, gry były po prostu moją pasją. Dostarczały mi tyle samo radości, co kopanie piłki z kumplami, choć to drugie zdarzało się zdecydowanie rzadziej. Pełen młodzieńczej werwy pochłaniałem wszystko, co było związane z elektroniczną rozgrywką – do dzisiaj jeden z pokojów w połowie wypełniony jest stosami najróżniejszych tytułów takich jak Gambler, SS, czy sprowadzanym z UK GamePro.

Niewątpliwie miałem dużo szczęścia. Mogłem powoli dorastać zaczynając zabawę od starusieńkich maszynek pokroju Amigi, Atari XE65 oraz NES-a. Chwilę później przesiadłem się na tak rewolucyjne platformy jak PC z akceleratorem oraz PSX. Przez to, gdy rosła moja miłość do gier, mogłem wciąż poznawać coś nowego. Pierwsza grafika 3D, nowatorskie produkcje z otwartym światem, możliwość stworzenia własnego bohatera czy efektowny warkocz Lary znany z Tomb Raidera 2. Wszystko to sprawiało, że początkowy entuzjazm po prostu nie ustawał. Każda nowa gra mogła sprawdzić, że przecierałem oczy ze zdziwienia – to było coś.

Z podobnym, choć już bardziej umiarkowanym nastawieniem, zaczynałem swoją karierę jako pismak. Nie ukrywam, że od początku miałem tendencję do czepiania się i wyśmiewania największych banałów, ale fakty mówią same za siebie – średnia ocen oscylowała w okolicach ósemki. Później nadszedł czas na bardziej dojrzałe, profesjonalne podejście oraz pieniądze. Jednak jak się okazało, praca polegająca na graniu nie jest aż tak wspaniała. Dobra, nie będę oszukiwał – jest świetna. Można robić to co się lubi a to już prawdziwe szczęście. Jest jednak kilka nieznośnych efektów ubocznych a najgorszy nazwałbym wypalaniem się.

Własne doświadczenie oraz rozmowy z kolegami po fachu nauczyły mnie jednego – pisząc o grach szybko można popaść w stagnację oraz rutynę. Gdy miesięcznie ma się do zrobienia kilka materiałów mających trzymać wysoki poziom, prędzej czy później nadejdzie taki moment, gdy pocinanie w nowy sequel stanie się irytującym obowiązkiem. Wtedy w życie wdraża się zasada trzech Z: zagraj, zrecenzuj, zapomnij i… wyjdź z domu. To tendencyjne i głupie wyznanie nie jest kolejnym bełkotem starego tetryka. Gry dalej bawią mnie i uwielbiam w nie grać. Mam jednak znacząco mniej wolnego czasu, przez co muszę bardzo skrupulatnie dobierać nowe tytuły. W ten sposób drastycznie zmienia się podejście do tematu.

Stary grzyb, o ile mogę się już tak nazwać, musi być wybredny. Doświadczonego wyjadacza nie zadowoli kolejna produkcja zrobiona na kolanie. Ba, jego może rozczarować nawet bestsellerowi hit od najlepszych designerów w branży. Gra musi mieć to coś, być innowacyjna i jakby to ująć po staremu – miodna! Ciężko mnie tak od ręki uszczęśliwić oprawą lub gwiazdami w obsadzie, wiem czego chcę i oczekuję. Porządna gra powinna bawić, wywoływać emocje i wciągać. Takie są chociażby Mario Galaxy lub BioShock, niezmiernie cieszę się, że dalej mogę obcować z perełkami w rodzaju Brutal Legend. Mimo tego, że mój entuzjazm zmalał, a ja sam stałem się upierdliwym narzekaczem, dalej mam swoją pasję. To jest najważniejsze.


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *