Prince of Persia: the movie

Dawno nie napisałem żadnej recenzji filmu. Ostatnia szansa pojawiła się przy okazji genialnych Bękartów Wojny, ale całkowicie zauroczony dziełem Tarantino przegapiłem swój moment. Niedawny romans Księcia Persji ze srebrnym ekranem ponownie otworzył mi bramę do świata ruchomych obrazków. Znowu trafiła mi się adaptacja gry i muszę dodać, że jest ona całkiem… średnia. Niestety.

Zacznijmy od scenariusza. Ten filmowy luźno nawiązuje do nowej trylogii Prince of Persia stworzonej przez Ubi. Nasz młody książę, adoptowany król biedaków, trafia z przyszywanymi braćmi pod wysokie mury Alamutu. Tam zapada decyzja o szturmie zdradzieckiego miasta. Przez kilka przesadnie efekciarskich scen oglądamy dość standardową potyczkę i w końcu trafiamy na moment, w którym Jake Gyllenhaal znajduje znany wszystkim graczom sztylet. Później akcja rozwija się szybko – jesteśmy świadkami prawdziwej zdrady, ucieczki i żmudnej próby odzyskania przez księcia dobrego imienia oraz swojej rodziny. Historia jest sztampowa i prosta, ale w ostatecznie można stwierdzić, że radzi sobie z opowiadaniem przygód komputerowego akrobaty.

Postacie oraz obsada to pierwsze poważne wady filmowych Piasków czasu. Wszystkie są płaskie i nakreślone niczym bohaterowie komiksów. Mamy wesołego księcia, nieprzystępną księżniczkę, dwóch braci – złego oraz dobrego, sypiącego mądrościami ojca oraz przebiegłego wujka. Tak, to wszystko co można o nich napisać. Gyllenhaala oraz Arterton da się oglądać bez zgrzytania zębów, ale dużo ciekawsze było obserwowanie flirtu bezczelnego złodziejaszka i Eliki znanych z Prince of Persia 2008. Reszta aktorów została dobrana tak, aby jeszcze bardziej podkreślić prostolinijność bohaterów. Najlepszy jest Kingsley, który swoją grą, złowieszczym uśmieszkiem oraz przesadnym makijażami od pierwszych sekund seansu zdradza nam, że jest złym bohaterem.

Jednak najjaśniejszą stroną tej produkcji są postacie drugoplanowe. Scenarzyści przeszli samych siebie prezentując nam szejka Amara oraz Seso. Pierwszy z nich to prawdziwy przedsiębiorca, cwaniak i biznesman. Drugi jest jego czarnoskórym, milczącym ochroniarzem. Duet na miarę tego filmu. Amar specjalizuje się w opowiadaniu żartów „gospodarczo-ekonomiczny”. Pierwsze dwa są zabawne, ale przy czwartym czy piątym zaczyna robić się niesmacznie. Seso robi z kolei za typowego murzyna. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę nikogo obrażać – on po prostu ma taką rolę. Cały film usłużnie broni swego pana tylko po to, aby pod koniec rzucić kilka złotych myśli. Tragedia.

Sednem gier była walka oraz, w szczególności, akrobatyka. Tak, Prince of Persia to w zasadzie nowoczesna platformówka. Film też próbuje eksponować te elementy, lecz robi to dość nieudolnie. Poszczególnym scenom nie brakuje rozmachu, ale trudno o nich powiedzieć, że są warte zapamiętania. Sekwencje parkuru są chaotycznie zmontowane i czasami bardzo sztuczne. Książę ślizgający się po chropowatych kamieniach to tutaj norma. Widać pieniądze włożone w tę produkcję, ale nie przekłada się to na przyjemność z oglądania. Ot, kolejna fantastyczna opowieść wypełniona pięknymi widoczkami i ujęciami wyjętymi wprost z komputera. Bardzo baśniowa, w stylu plastikowej lalki Barbie.

Nic nie zapowiadało tragedii. Studio Disney, znany producent, ciekawy reżyser i znane nazwiska w obsadzie. Takie składniki miały być gwarantem smacznego posiłku. Owszem, dostaliśmy strawnego hamburgera, ale o uczcie kinomana możecie zapomnieć. Letnie kino, które zadowoli letniego widza. Zdaję sobie sprawę z tego, że część fanów może chwalić ten tytuł jako pierwszą prawdziwą superprodukcję na podstawie gry, ale według mojej oceny jest to film jedynie poprawny. Do obejrzenia i zapomnienia. Nic więcej, kolejny przeciętniak.

6/10


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *