Powrót do Wii i de Bloba

Kilka tygodni temu zrobiłem porządek ze swoją kolekcją konsol, które od prawie roku kurzyły się w obskurnych skrzynkach i kartonach. Stało się tak przez remont mieszkania, po którym nie chciało mi się zajmować tymi wprędce spakowanymi gratami. W końcu zebrałem się jednak w sobie, wszystkie konsole wyczyściłem i wzorowo zapakowałem do oryginalnych lub zastępczych pudełek. Wszystkie oprócz jeden – Nintendo Wii!

Jest coś niesamowitego w poprzedniej konsoli Wielkiego N – pozwala na prostą, niczym niezmąconą zabawę, którą kiedyś charakteryzowałoby jedno słowo: „miodność”. Na Wii nie ma osiągnięć, rozbudowanego systemu znajomych on-line oraz streamów, czy nawet sensownego kanału dystrybucji cyfrowej. Kiedyś był co prawda sklep z kilkoma fajnymi, małymi grami oraz tryby wieloosobowe oparte np. o numerze konsoli (tak, nawet w tamtych czasach było to archaiczne), ale wszystko to przepadło wraz z zaprzestaniem wsparcia usług online. Choć Wii nigdy tymi funkcjami nie rozpieszczało, teraz w zasadzie nic już nie przeszkadza w tym, co najważniejsze – graniu w dobre gry. A tych, wbrew pozorom, bo Wii ma opinię sprzętu dla dzieci oraz graczy niedzielnych, wcale nie brakuje. Oprócz całej plejady znanych marek Nintendo, które moim zdaniem trzymały w czasie siódmej generacji niezwykle wysoki poziom, znajdzie się też kilka perełek takich jak de Blob – dzieło Blue Tongue Entertaiment, zespołu pracującego pod skrzydłami THQ.

De Blob opowiada historię kolorowego świata, który zostaje najechany przez złowrogich Tuszowców (ang. Inkies) – totalitarne stwory, które dosłownie wyciągają kolory z otoczenia a następnie wszystko zalewają czernią i bielą. Celem gracza, głównego bohatera ruchu oporu, jest przywrócenie kolorów i jednoczesne uratowanie krainy będącej pod zaborem smutnego reżimu. Nie byłoby to zbyt istotne, gdyby nie fakt, że scenariusz przekazywany jest jak za dawnych, złotych czasów platformówek – za pomocą niemych, świetnie zrealizowanych i dowcipnych przerywników filmowych. Dzięki temu można śledzić fabułę z prawdziwym zaangażowaniem oraz motywacją, bo za dobre osiągi dostajemy dostęp do dodatkowym materiałów, np. animacji pokazujących wczesną koncepcję gry.

Rozgrywka oparta jest na ciekawym, choć dość powtarzalnym modelu. Jako Blob lądujemy w otwartej, zazwyczaj dość sporej lokacji i wykonujemy zadania, które odblokowują kolejne fragmenty mapy. Misje są dość różnorodne, ale ostatecznie sprowadzają się do jednego – pokolorowania jak największej liczby elementów otoczenia (budynków, reklam, pojazdów, konstrukcji, uwolnionych mieszkańców itd.). Sposoby na zawiązanie takiej akcji są różne – może to być wyścig na czas, pojedynek z Tuszowcami, czy zebranie odpowiedniej ilości farby, za pomocą której pomalujemy jakiś ważny obiekt. No właśnie, warto dodać, że Blob ma dość unikalną cechę – pochłania barwy, które nasi przeciwnicy uprzednio wyciągnęli i zmagazynowali w specjalnych, pojawiających się w różnych miejscach pojemnikach. Gdy rozbijemy bańkę z farbą niebieską, nasz bohater powiększy się i nabierze takiego właśnie koloru. Jeśli później trafimy na kolor czerwony, to ponownie napełnimy Bloba, ale tym razem będzie on fioletowy – przybierze barwę wynikającą z mieszania. Później wystarczy już dotknąć danego obiektu – np. domu, żeby zaaplikować odpowiedni kolor.

Wiem, że powyższy opis nie jest zbyt porywający, ale mechanika stojąca za sednem zabawy jest dość unikalna, więc należy jej poświęcić kilka słów. W praktyce de Blob jest po prostu oryginalną platformówką, która oparta jest nie tyle na przechodzeniu lokacji, co ich kolorowaniu połączonym z wykonywaniem zadań. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się najbardziej z tytułami typu Tonic Trouble oraz innymi francuskimi platformerami z pierwszej fali sensownych gier 3D. Może to przez wykręcony, bardzo charakterystyczny styl graficzny, który pomimo leciwego już sprzętu, nie zestarzał się ani o jotę? A może to kwestia świetnej muzyki i ciekawej, zabawnej historii, które razem tworzą kompozycję niezwykle lekką i przyjemną oraz jednocześnie strasznie wciągającą? Trudno ocenić, ale na pewno nie odpowiada za to sama mechanika skakania i poruszania się po świecie, bo ta jest dość standardowa i w żadnym stopniu nie decyduje o odbiorze gry. Chyba, że negatywnym, bo jednak sterowanie czasem potrafi zdenerwować, gdy Blob skacze nie tam, gdzie byśmy chcieli.

Jest w de Blobie na pewno jedna rzecz, która sprawiła, że piszę o tej grze dopiero teraz, kończąc ją po przeszło… 5 latach. Chodzi o czas rozgrywki, rzecz charakterystyczną dla Wii, ale trudną do zaakceptowania przez gracza takiego jak ja, czyli cierpiącego na deficyt wolnych chwil na granie. Każdy poziom to około godziny skakania, tak żeby go przejść z satysfakcją, czyli odpowiednim poziomem pomalowania świata oraz liczbą rozwiązanych zadań i znalezionych przedmiotów. Oczywiście, można swoje wyniki śrubować, balansując na granicy poświęconego czasu (jest liczony i ograniczany) oraz wykonanych aktywności, ale ja większość map chciałem z odpowiednim wynikiem zaliczyć już przy pierwszym przejściu. Dla niektórych będzie to największa zaleta tej gry, ja jednak byłem tym zmęczony, ponieważ ciągle cierpiałem na syndrom kolejnego poziomu, ale jednocześnie odpuszczałem wiedząc ile mi on zajmie.

Gorąco polecam de Bloba wszystkim, których ujmuje klimat klasycznych, ale jednocześnie nietrywialnych platformówek. Wiem, że na rynku pojawił się też sequel, który dostępny był na większej liczbie platform, ale o nim się nie wypowiadam, bo nigdy nie miałem okazji spróbować. Szkoda, że marka przepadła wraz z upadkiem THQ oraz studia za nią odpowiedzialnego – teraz chyba każdy zainteresowany ma ostatnie chwile, żeby z autentyczną radością pobawić się tym tytułem na oryginalnej platformie, czyli Wii, gdzie „jedynka” była tytułem ekskluzywnym. Choć de Blob trzyma się nad wyraz dobrze, za kilka lat może już nie przetrwać próby czasu a wtedy zostanie zapomniany na zawsze, bez zombie-remaków, które w tym wypadku tylko zniszczyłyby resztki sentymentu.

Źródło obrazka: friskymongoose.com


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *