Max Payne

Na adaptację Maksa Payne’a czekałem z zapartym tchem. Gra była genialnym tematem na scenariusz – wystarczyło tylko umiejętnie przełożyć tę świetną historię na język filmu. Nie jest to sztuka karkołomnie trudna, w końcu „Silent Hill” wyszedł całkiem nieźle. Mimo słabych ocen krytyków, do kina udałem się pełen nadziei.

Max Payne zajmuje jedną z wyższych pozycji na mojej osobistej liście najlepszych gier w historii. Na pierwszą część przygód zdesperowanego gliny czekałem kilka lat i nie zawiodłem się. Remedy stworzyło nową jakość – pozycję bardzo filmową oraz klimatyczną. Aż dziw bierze, że Hollywood dopiero po kilku latach wyciągnęło swoją złotą mackę po ten tytuł. Niestety, dla nas graczy, tak się w końcu stało.

Zasadniczo obraz można podzielić na dwie części: beznadziejną i słabą. Pierwsza z nich trwa mniej więcej połowę projekcji i całkowicie grzebie film. Scenariusz rwie się, a reżyser udaje, że opowiada historię wybitnie skomplikowaną i głęboką. Przedstawienie postaci jest powolne oraz nudne a poszczególne wątki zawiązują się bez większego związku przyczynowo-skutkowego. Dwoma słowami: brak napięcia! Jeśli producenci decydują się na tak zachwiane proporcje w konstrukcji filmu, to muszą postarać się o odpowiedni nastrój i ciągłość fabularną – tutaj nie ma ani jednego ani drugiego.

Później jest lepiej. Jeśli przetrwacie pierwsze 50 minut to czeka was solidna dawka akcji… Chyba przesadziłem, bo 3 marnych strzelanin nie można tak opisać. Pozornie wszystko wydaje się w porządku, są spowolnienia czasu, latające kartki i przyzwoite efekty specjalne. Jednak znośna forma nie przesłoni parady absurdów, które widać na ekranie. Niech za przykład posłuży sytuacja – Maks zostaje poinformowany, że idzie na śmierć, banalnie rozwala trzech gości, czwartego zabija strzelając idiotycznie w tył i… To koniec sceny. Jedno wielki nic.

W beczce gnoju znalazło się miejsce dla kilku zalet. Ścieżka dźwiękowa wyraźnie odcina się na tle reszty – jest naprawdę dobra! Muzyka dobrana jest ze smakiem, doskonale komponuje się z obrazem i buduje atmosferę. Oczywiście i ten element filmu został przekreślony, tym razem zawiniły efekty dźwiękowe, a w szczególności strzały, które zostały do granic możliwości podrasowane i stały się wręcz irytujące. Do gustu przypadły mi scenografie. Pod tym względem czerpano z gry pełnymi garściami – senny, zaśnieżony i mroczny Nowy York prezentuje się po prostu świetnie.

Olga Kurylenko wyraźnie nie próżnuje. Pojawiła się na początku, szybko zrzuciła ciuszki i równie szybko zginęła. Klaruje się pewna zasada: im jej nogi krócej cieszą widza, tym film będzie lepszy – o ile można w tym momencie myśleć w takich kategoriach (vide tragiczny Hitman). Mark Wahlberg wypadł zaskakująco dobrze. Jego Max Payne pozbawiony jest tego charakterystycznego, szaleńczego i ironicznego poczucia humoru, ale ostatecznie może być, podobnie jak i Ludacris. W zasadzie mogę przyznać, że aktorzy i twórcy kostiumów spisali się – postaci są całkiem wiarygodne.

Max Payne to gniot. W porównaniu do największych porażek tego roku prezentuje się znośnie, ale powiedzmy to szczerze – rok 2008 obfituje w kandydatów do Złotej Maliny. Jeśli jesteś fanem oryginału to poważnie przemyśl decyzję o wyjściu do kina. Za te kilkanaście złotych można kupić edycję kolekcjonerską gry, która dostarczy prawdziwej rozrywki. Film polecam zatwardziałym maniakom i miłośnikom kiepskiej kinematografii.


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *