Just Cause 2

Wizyta w Cenedze to nie tylko Final Fantasy XIII. Dla kontrastu, mogłem również pograć w wypełniony akcją sequel Just Cause. Ciężko jest napisać coś błyskotliwego o części drugiej, jest to kontynuacja z kategorii „bigger, better and more badass”. Nie owijając w bawełnę – ta gra kopie tyłki.

Pamiętacie Rico Rodrigueza? W pierwszej odsłonie ta postać była typowym „latino loverem”. Uroczy Antonio Banderas z gracją mordujący kolejne zastępy wąsatych bandziorów. Kontynuacja przynosi diametralną zmianę. Teraz Rico zachowuje się i brzmi jak młodsza wersja Ala Pacino z filmu Człowiek z blizną (Scarface). Ilość kipiącego w nim testosteronu spokojnie wystarczyłaby na cały pluton dzielnych komandosów. Ten odrobinę ponury i jeszcze bardziej przerysowany wizerunek jak ulał pasuje do charakteru rozgrywki. Wysadzając kolejną bazę wroga aż chce się powiedzieć „Say hallo to my little friend”!

Zabawę rozpoczynany wśród ośnieżonych, górskich szczytów. Pierwsza misja to typowy tutorial, w którym jesteśmy prowadzeni za rączkę. Jednak już na samym początku widać, czym jest ta gra – wypełnioną wybuchami piaskownicą (Sandbox w stylu GTA). Chociaż na stronie Cenegi wyczytałem, że możemy liczyć na niesamowity realizm, muszę rozczarować fanów żołnierskich symulatorów. To co wyprawia Rico nijak ma się do zasad fizyki i zaprzecza wszystkim impulsom wysyłanym przez zdrowy rozsądek. Nasz tajny agent w kilka sekund wspina się na kilku piętrowy budynki, bez uszczerbku na zdrowi z niego zeskakuje, a w locie zabija co najmniej 10 adwersarzy. Bez problemu potrafi przeżyć eksplozję olbrzymiej cysterny, nawet gdy w momencie wybuchu stoi na jej szczycie. Mało tego, po upadku zwyczajnie otrzepie kurz ze swojej kurtki i ponownie wykończy kolejnych 25 przeciwników, którzy upierdliwie zasypują go ołowiem. Takie jest Just Cause 2!

Po alpejskiej przygodzie lądujemy na tropikalnej wyspie. Okazuje się, że musimy odnaleźć pewnego syna marnotrawnego – zbuntowanego agenta posiadającego tajne informacje. Jedynym sposobem jest udawanie najemnika i zaskarbienie sobie zaufania działających w okolicy organizacji militarnych. Fabuła jest sztampowa, ale to nie ma większego znaczenia. W tej grze wielowątkowy i rozbudowany scenariusz by tylko przeszkadzał. Mimo wszystko cieszą dobrze i ciekawie przygotowane cut-scenki – dzięki nim łatwiej wczuć się klimat produkcji. Po wspomnianej misji szkoleniowej jesteśmy w zasadzie zdani wyłącznie na siebie. Wykonując misje dla jednej z trzech grup zdobywamy punkty Chaosu, których odpowiednia ilość odblokowuje kolejne zadania dla agencji. W ten sposób popychamy scenariusz do przodu, ale w każdej chwili można z tego zrezygnować i siać zniszczenie na całej wyspie. Rozgrywka w dużej mierze przypomina tą znaną z Mercenaries 2.

Nowością, która wywarła na mnie olbrzymie wrażenie, jest udoskonalona linka. Gadżet zamontowany na przedramieniu naszego bohatera już w pierwszej części był potężnym narzędziem. Teraz stanowi główną broń. Za jego pomocą możemy walczyć wręcz, zrzucać wrogów z wysokości, wspinać się na budynki, szybować na spadochronie… Mógłbym tak wymieniać bez końca. W pewnej chwili poczułem się jak człowiek pająk – podróż przez dżunglę przebiega szybciej gdy używamy linki, niż gdybyśmy chcieli jechać motocyklem. To może wydawać się dziwaczne, ale przez to zwariowana gra staje się jeszcze mniej realistyczna. Mi to odpowiada.

Oprawa gry stoi na wysokim poziomie. Nie dorównuje najpiękniejszym tytułom na rynku, ale jak na produkcję free-roamingową prezentuje się całkiem nieźle. W oczy rzuca się zwiększona liczba detali: lepiej wymodelowane postaci, przedmioty oraz samochody. Skok jakościowy nie jest olbrzymi, ale na pewno widoczny. Najbardziej spodobała mi się dżungla. Ta z części pierwszej był nudna – połacie zielonej tekstury zapełnione podobnymi drzewami. Teraz tropikalny las prezentuje się znacznie lepiej: widać gęstą trawę, liczne dolinki oraz oryginalnie powykręcane konary. Z kolei z góry możemy podziwiać nieprzeniknioną gęstwinę liściastych koron drzew. Silnik graficzny nie ma problemów z płynnym zwiększaniem oraz zmniejszaniem ilości detali widocznych na ekranie, dzięki temu nie widać drastycznych zmian otoczenia np. podczas lądowania helikopterem. Grafików mogę dodatkowo pochwalić za pomysłowość, w końcu pokusili się na większą kreatywność. Dlatego pojawiające się krajobrazy są bardziej zróżnicowane. Jeśli chodzi o dźwięk oraz muzykę: głosy postaci są dobrze podłożone, wystrzały i wybuchy brzmią odpowiednio „soczyście” a ścieżka dźwiękowa współgra z wydarzeniami na ekranie.

Just Cause 2 to gra prosta i bardzo specyficzna. Tytuł stworzony dla miłośników niewiarygodnych filmów akcji z lat 80. Spodobała mi się charyzma „nowego” Rico oraz dość znaczące zmiany wprowadzone do rozgrywki. Jeśli chodzi o technologię, ciężko znaleźć powody do narzekania – nie wyłapałem znaczących błędów ani drastycznych spadków płynności. Produkcja Avalanche Studios to solidny gra akcji, idealna dla wszystkich pragnących się odstresować.

Artykuł ukazał się na:
MiastoGier.pl


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *