Iron Man

Sezon lekkich filmów akcji otwiera w tym roku Iron Man. Kolejna ekranizacja komiksu szturmuje kina i powiem szczerze – jest całkiem niezła. Czuć przesyt tego typu produkcjami, ale Żelazny to powiew świeżości. Nikt nie udaje, że film ten miał być kinematograficznym arcydziełem. Iron Man jest prosty, głupiutki i przez to spełnia wszystkie pokładane w nim nadzieje.

Jon Favreau chciał stworzyć bohatera będące gwiazdą rocka. Taki właśnie jest Tony Stark. Bawidamek i geniusz, który w przerwach pomiędzy kolejnymi podrywami znajduje czas na swoją największą pasję – konstruowanie narzędzi masowej zagłady. Stark ma wszystko: samochody, pieniądze, sławę, firmę oraz możliwość spożywania whisky w najtrudniejszych warunkach (barek ukryty w niepozornej skrzyni). Ostatecznie wymienia swoje super bryki na jeszcze szybszy latający skafander.

Kreacja Roberta Downey Jr. jest największą zaletą filmu. Filmowy Iron Man nie jest kolejnym metroseksualnym gościem w stroju nietoperza. Nie ma też problemu ze zmarłym wujkiem. Nie musi wciskać się w obcisłe rajstopy; nie chowa się za fryzurą nasmarowaną kilogramem żelu. Tony to cyniczny i arogancki dupek, który mimo swego podejścia wywołuje u widza sympatię. Tę kliszę powielono już dziesiątki razy, co nie zmienia faktu, że ten pomysł dalej spisuje się wyśmienicie. Jeff Bridges oraz Gwyneth Paltrow popisali się nietypowymi dla siebie rolami. Oboje dobrze wpisali się filozofię obrazu.

Scenariusz wypełniają w tysiące kretyńskich sytuacji. Cała fabuła obfituje w idiotyzmy kręcące się wokół projektu nowego reaktora o niewyobrażalnej mocy. Należy dodać, że ów błyskotliwy wynalazek, Tony obmyślił i wykonał będąc uwięziony w… Jaskini gdzieś na rubieżach Bliskiego Wschodu. Scena ukazująca Starka, niczym mitycznego Hefajstosa, który wykuwa zbroję to kwintesencja głupotek tego filmu. Bezpieczne upadki z kilkudziesięciu metrów to absurd, który w tej lekkiej konwencji jest całkowicie zgodny z prawami fizyki.

Paradoksalnie – Iron Man dostaje punkty za to, że jest banalny. Moralizatorstwo jest, ale w symbolicznej postaci. Tony Stark zarówno przed jak i po swojej metamorfozie ma większość spraw głęboko w tyłku. Wychwalany Batman: Początek balansował na granicy mroku i debilizmu. Do dziś bawi mnie rozbuchany scenariusz tego filmu. Iron Man jest inny – są dowcipne dialogi, zabawne sytuacje, świetna muzyka, przyzwoite efekty oraz dobre sceny akcji i… to wszystko. Jeśli by jeszcze poszukać – autorzy w sposób zaskakujący zakończyli wątek miłosny jak i cała historię. To nie jest film o zakompleksionym super bohaterze z małym penisem.

Film można polecić wszystkim, którzy w obecnym upale mają ochotę na absolutnie bezmyślny seans. W moim rankingu „prostych” produkcji Iron Man uplasował się zaraz za Transformers, sławetny Gacek-Batman zostaje kilka długości w tyle. Domorośli krytycy i miłośnicy kina moralnego niepokoju mają całkowity zakaz wstępu na tę produkcję! Ja czekam na kontynuację (szybko o niej zapomnę, ale jak już się pojawi to do kina pewnie pójdę).


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *