Horyzont press-kitów

Czyli zdjęcia promek za które grozi utylizacja.

Uprzedzam od razu, że ten wpis jest mocno hermetyczny, ponieważ dotyczy żarliwej dyskusji, trochę takiej branżowej, która ostatnio przetoczyła się przez Twittera. Nie wiem który bałwan ją zaczął, ale mam nieodparte wrażenie, że ciężar odpowiedzialności spoczywa na mnie. Ponieważ nawarzyłem piwa, teraz muszę je wypić i przy tym zacnym trunku na spokojnie wyjaśnić, co mi po głowie i wątrobie chodzi, bo w 140 znakach nie zawsze łatwo jest syntezować swoje zdanie.

 

Akt I

Zacznę najprościej, czyli od początku. W ostatni piątek odbył się zamknięty pokaz gry Horizon Zero Dawn. Tego samego dnia do wybranych osób trafił press-kit, czyli zestaw prasowy. Częstą cechą takich materiałów jest to, że są one unikalne i ładnie wydane – tak też było w tym wypadku. Mogłem to stwierdzić od razu, obserwując potok fotek i zachwytów, który zalał moje media społecznościowe. Tak, byłem zazdrosny. Znaczy, nie o sam zestaw, tylko odczucia płynące z rozgrywki. Horizon miał przecież bardzo różną, zmieniającą się w czasie prasę – najpierw był czarnym koniem, potem trochę takim chłopcem do bicia i w zasadzie do premiery nie było wiadomo, co o tej grze sądzić. Niestety, wśród tych podziękowań oraz ukłonów zabrakło tego najważniejszego, czyli opinii. Zabrakło, ponieważ wyznaczono embargo. W takiej sytuacji musiałem dać upust swojej narastającej frustracji i stwierdziłem publicznie, że jak rozumiem prezentowanie press-kitów przez YouTuberów oraz Influenserów (zazwyczaj przekręcam tę nazwę w wyrazie braku szacunku, ale ten tekst nie jest o tym, więc oddaję honor), tak nie wiem, dlaczego robią to redakcje. Zanim jednak wyjaśnię swój pokrętny tok rozumowania, przejdę szybko do sytuacji z dzisiaj, żeby zgrabnie zakończyć ekspozycję tego dramatu. Embargo szybko minęło i spełniło swoją główną rolę w 100% – dzisiaj sieć została zasypana wrażeniami płynącymi z faktycznej gry. Ku zaskoczeniu gawiedzi, także moim, okazał się, że jest przyzwoita, a nawet dobra ze wskazaniem na bardzo dobra. Później to już się potoczyło, od słowa do słowa, od żartu do żartu (tutaj macie główny gag: Aloy odsunęła Geralta w cień. „Horizon Zero Dawn” to najlepsza gra na PS4, a dzień wcześniej podawałem też „wyciekniętą” recenzję Engadgeta). wyszło nagle, że gracze nie do końca ufają tym pierwszym opiniom i wolą poczekać na swoje. Ja, jak to mam w zwyczaju, poawanturowałem się, zebrałem to wszystko do kupy, ukradłem co najlepsze i skonkludowałem z gracją takim oto tekstem: „Bądź rzetelnym dziennikarzem -> jaraj się press-packiem / pokazem Horizon -> dziw się, że nie ufają twojej recenzji. :D”. Dodam tylko, że zrobiłem to z premedytacją, bo już wcześniej ktoś bystry zwrócił uwagę, że w przypadku tej gry istotne mogło być silne oczekiwanie porażki, ale dla mojego przekazu nie miało to aż tak wielkiego znaczenia.

 

Akt II

Eskalacja konfliktu była szybka i zanim zdążyłem wypić herbatę, stanęło na czymś w rodzaju: „głupi ludzie myślą, że press-kity to łapówka,  jakże postkomunistyczna idea”. Cóż, jest to straszne wypaczenie i spłycenie pierwotnej myśli, samo w sobie kontrowersyjne, ale tylko pośrednio związane z zganieniem. Przypominam, chodziło o dziennikarzy i to takich, którzy bez jasnego dla mnie powodu chwalą się zestawami prasowymi w swoich mediach społecznościowych. Próbowałem to wyjaśnić już w piątek, ale szło mi koślawo i aż dziwne, że dzisiaj udało mi się trafić na ważne słowo kluczowe: etyka zawodowa. Właśnie w tym kontekście jest to dla mnie praktyka mocno dyskusyjna. Dlaczego? Choć przyznaję to z pewnym bólem, przecząc swoim licznym przytykom, bardzo szanuję zawód dziennikarza i to takiego growego. Jest po prostu bliski mojemu sercu i wierzę w jego misję polegającą na niesieniu kaganka growej oświaty. Jakby nie było, recenzent strzeże mojego portfela, przez co jego zawód jest ważny, wręcz taki zaufania publicznego, czego nie boję się powiedzieć, mimo infantylności takiego stwierdzenia. Press-kit jest jednak narzędziem promocyjnym, jego zadaniem jest często zachęcenie dziennikarza i pokazanie, że „hej, my PR-owcy też się staramy i dbamy o Ciebie”. Nie widzę w tym nic złego i jestem daleki od sugestii, że takie błahostki zmieniają optykę oceniającego, dla którego jest to część codziennej pracy. Pozostaje więc pytanie: po co tak właściwie pokazywać go graczowi? Dlaczego redakcja przyjmuje rolę bezmyślnej tuby marketingowej, która bez słowa komentarza rozprowadza materiały reklamowe wydawcy? Rozumiem, że może to być dla czytelnika ciekawe, jak każdy temat zza kulis, wliczając w to zdjęcia majtek wysiadających z samochodu celebrytek, ale czy stanowi dla niego jakąkolwiek wartość dodaną? Dla mnie nie, bo press-kit nie ma żadnego znaczenia dla oceny gry, tej którą znajdę w sklepie. W przeciwieństwie do edycji kolekcjonerskiej, prasówka nigdy nie trafi do zwykłego konsumenta (spróbuj wystawić takową na Allegro, milicja branżowa zaraz ruszy do akcji na sygnale). Zestaw dla dziennikarza to część subtelnej relacji na linii autor-wydawca, gracza tam nie ma i być nie powinno, przynajmniej nie w takiej formie.

Teraz powiecie mi „qam, świat się kręci, teraz tak się robi – kup sobie maść na ból tyłka i won w podskokach”. Rozumiem, ale po prostu nie potrafię się w taki prosty sposób poddać tym zmianom. Od dziennikarza oczekuję rzetelności, wyrażonej w merytorycznej informacji, komentarzu oraz opinii, a do takich nie zaliczam bezpośrednio „przedrukowanych” materiałów promocyjnych. Uważam, że mogę niepotrzebnie wpływać na czytelnika, a przy przeciętnym graczu, który nie jest branżowym profesjonalistą, to wcale nie jest takie niemożliwe. Przecież dowodem na to są właśnie te, wciąż powracające kontrowersje. Press-kity i imprezy to chleb powszedni, nie tylko w elektronicznej rozgrywce – dziennikarze wszelkich kategorii dostają prasówki, bo tak działa ten system. Jednak, gdy chodzi o recenzję filmu to niezbyt często pisze się o tym, jak fajnie było na pokazie, a przy nowych gadżetach technologicznych rzadko wspomina się o tym, że w torbie z produktem były jeszcze gifty. Takie podejście mi odpowiada, bo od dziennikarza wymagam po prostu dobrej pracy – nie muszę go znać, nie muszę darzyć sympatią, muszę mieć tylko pewność, że skupia się na ocenie, a nie ukłonach dla wydawcy. Zupełnie inaczej, niż w przypadku YouTubera. Nie, żebym ich wszystkich teraz obrażał, czy wyznaczał podwójne standardy – są przecież Ci naprawdę świetni, których sam polecam. Jednak jako ogół mają inną, mniej formalną relację z widzem – lubisz ich, znasz niemalże „osobiście” i szanujesz nie tylko za to co robią, ale także za to kim są. W takim wypadku, o ile fekalia nie trafią w wiatrak, jak to było z PewDiePie lub TurboMaturą, układ wydaje się naturalny i nienadwyrężony, pomimo tradycyjnego „sprzedałeś się” w komentarzach. Aczkolwiek to piszą pomyleńcy od teorii spiskowych oraz śledzący działania Warner Bros. Influenserów pomijam, szczególnie tych znanych z bycia influenserami, ponieważ oni ze swojej natury, pomimo wypracowania jakiejś renomy, robią za zwykłe słupy ogłoszeniowe. A na słupie ogłoszeniowym można przecież przykleić wszystko i nikt nie powinien się temu dziwić.

 

Akt III

Czas na rozwiązanie, i to takie z twistem. Jestem cholernym hipokrytą. Przecież sam wysyłałem press-kity Random Ninja. Tak, zgadza się – co prawda wyewoluowały z żartu i w sumie żartem były, ale nie da się ukryć, że dzięki dobrej woli obdarowanych, spełniły swoją rolę na afiszach. Chylę przed nimi czoło, bo to nie był mój dobry PR i normalna relacja z wydawcą, to ich wielka koleżeńska przysługa. Jaka? Zwiększyli mi wyświetlenia. Muszę tutaj być do bólu szczerzy i jasno zaznaczyć: wyświetlenia oraz pobrania, których nie należy utożsamiać ze spełnionymi oczekiwaniami. Nie, żeby oceny były negatywne (tutaj jestem jak Horizon!), ale pewien jestem, że część osób, które zachęciły unboxingi, była zawiedziona ostatecznym produktem. Chyba nie trudno zgadnąć dlaczego. Zdobywam się na tę nieokiełznaną otwartość, żeby wyraźnie powiedzieć, że sam mam za uszami i także we mnie istnieje konflikt pomiędzy quasi-twórcą oraz pseudodevem, tym który chciałby określonych akcji od redaktora, a dziwnym czytelnikiem, który wobec redaktora ma pewne wymagania. To nie jest prosta, ale ważna kwestia i dlatego warto ją poruszać, nie spłycając rozmowy do zmieniających się czasów, łapówek, czy staczającego się poziomu dziennikarstwa lub marnego gustu czytelników. Tym bardziej, że mówimy o branży, a w której mało kto kopie się z koniem – korzyści są przecież obustronne. Gdy Antyweb zamknął swoje łamy dla reklamy to nie szczędzono mu krytyki, ale pojawili się też obrońcy, Ci którym taka reklama by się opłacała, Ci którzy widzieli w tym świetne wyniki na koniec miesiąca. Ja ich nie winię – każdy ma swoje cele i chce je realizować. Warto jednak poświęcić czasem chwilę i zastanowić się, które rzeczy mogą budzić wątpliwości w zwykłym, podrzędnym zjadaczu treści. Niech chociaż wydawcy płacą za nie jak za zboże, żeby biedne redakcje utrzymać (dla niekumatych dodam tutaj „;)”).

Na koniec pewna perełka. Polygon miał swoje wzloty i upadki, ale ich odcięte od rzeczywistości oświadczenie o etyce zawsze sprawia, że jakoś tak mi cieplej w sercu i dalej wierzę w to dziennikarstwo, które dla dziennikarstwa żyje i jest wierne twardym dziennikarskim zasadom. Tak, wiem, że to głupie, a w mojej krainie prędzej nadzieję się na róg galopującego jednorożca, niż wpadnę pod pędzący samochód.

Źródło obrazka: playstation.com

 

 


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *