Godfather II

Podczas finalizacji quasi-legalnego interesu może wydarzyć się wiele nieoczekiwanych zdarzeń, szczególnie jeśli do czynienia mamy z grupą osób spod ciemnej gwiazdy. Dla przykładu, na Kubie może nagle wybuchnąć rewolucja, która pochłonie el presidente – głównego udziałowca. W takim wypadku należy szybko jechać na lotnisko i zacząć sobie na nowo układać życie w kraju.

Opisem umieszczonym we wstępie chciałem oddać emocje sączące się z kilku kultowych już scen znanych z drugiej części Ojca Chrzestnego. Jeśli mi się nie udało, to tylko dlatego, że wersji cyfrowej brakuje kilku ważnych elementów, m.in. Ala Pacino oraz Coppoli. Ale nie czas narzekać – jak wspomniałem wcześniej, akcja gry rozpoczyna się na sympatycznej latynoskiej wyspie. Wcielamy się w Dominica, zaufanego cyngla Micheala Corleone. Naszym głównym zadaniem jest ochrona dona podczas załatwiania interesu z Hymanem Rothem oraz dyktatorem Kuby. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przedwczesne fajerwerki wystrzelone przez zdesperowanych obywateli. Rozpoczyna się chaos i ogólna bijatyka a wesoła ferajna musi przedostać się na lotnisko. Niestety, lub też stety, na ostatniej prostej ginie Aldo Trapani – don Nowego Jorku i szef Dominica. Tym samym nasz bohater awansuje i dostaje w swoje władanie spory kawałek sławnego miasta. Od tej chwili „świat należy do Ciebie”… Oj, przepraszam – pomyliłem filmy.

Pierwsza część Godfather: The game była słaba. Owszem, maglowała bardzo popularny temat, ale sama w sobie stanowiła mierną mieszankę kilku gatunków. Ot, taki upośledzony braciszek legendarnej Mafii. Sequel został zaprojektowany odrobinę inaczej – główny nacisk położono na oryginalne pomysły, natomiast całą resztę skopiowano bez większej finezji. Tym samym Godfather II dalej jest przeciętniakiem, ale mimo wszystko wyróżnia się spośród innych pozycji nie tylko znanym tytułem.

Podczas pierwszego uruchomienia od razu rzucani jesteśmy na głęboką wodę. Podobnie jak w innych grach sandboxowych zrezygnowano z klasycznego ekranu powitalnego i menu. Zamiast tego lądujemy od razu w kreatorze postaci. Ten element przygotowano doskonale – nic nie stoi na przeszkodzie, aby odtworzyć (prawie) każdą twarz i figurę. Z drugiej strony, przy odrobinie nieszczęścia można stworzyć prawdziwego mutanta. Całe szczęście, istnieje kilka predefiniowanych konfiguracji, które całkiem zręcznie wpasowują się w klimat gry. Po zaakceptowaniu wszystkich opcji rozpoczynamy wycieczkę po Hawanie. Nie da się ukryć, że gra jest wyjątkowo „idiot friendly”. Na każdym kroku wyświetlane są podpowiedzi, a każdy ekran „Widoku Dona” jest wyczerpująco opisany.

Chyba największą zaletą tego tytułu jest tzw. „Don’s view”. Za tą piękną nazwą kryje się specjalnie przygotowany system kontroli przestępczego imperium. Mamy trójwymiarową mapę miasta oraz dodatkowe menu. Nawigacja jest banalna, a dostępna na każdym kroku pomoc pozwala (w tym przerywniki filmowe) w krótkim czasie opanować zasady rządzące rozgrywką. Sama zabawa polega na rozwiązywaniu trzech rodzajów misji: fabularnych, które posuwają do przodu scenariusz, podbijaniu lokali konkurencji w celu zdobycia terytorium oraz zadań pobocznych, oferowanych przez przypadkowych przechodniów (sic!). Pominę pierwszy typ zleceń, bo skupiają się one w 99% na odtwarzaniu fragmentów filmu. Zdecydowanie najciekawsze jest zdobywanie kolejnych fragmentów miasta. Don samotnie, lub z ekipą rusza do nieprzyjacielskiej meliny, robi bałagan a na końcu obija gębę właściciela. System walki wręcz realizowany jest przez Black Hand 2.0 (EA lubi głupie nazwy), który pozwala np. na przypalenie jegomościa nad palnikiem. Po udanej akcji interes zmienia właściciela a na koncie rodziny Corleone pojawia się coraz więcej dolarów. Całkiem interesujące są również generowane losowo misje dodatkowe. Nad głowami niektórych przechodniów wiszą specyficzne ikony. Jeśli wyświadczymy miłej pani przysługę, np. zabijemy jej męża, dostaniemy zapłatę oraz informację o miejscu pobycia członka którejś z przeciwnych familii.

Czym byłaby rodzina bez jej członków? No właśnie, rekrutacja jest istotnym elementem rozgrywki. W miarę rozwoju scenariusza pod naszym dowództwem znajdą się kolejno żołnierze, capo, caporegime oraz zastępca dona i consigliere. Chętnych można znaleźć na mieście, głównie w okolicy lokali należących do Corleone. Dodatkowi sprzymierzeńcy to nie tylko kukły z karabinami. Każdy z nich posiada specjalizację. Nie warto wybierać się na akcję bez kasiarza, którzy otworzy sejf, oraz „człowieka demolki” potrafiącego wysadzić zabarykadowane drzwi. Ważni są też medyk, inżynier, silnoręki oraz piroman-podpalacz. Fani zarządzania oraz RPG będą zadowoleni – dzięki „Don’s view” możemy zajmować się naszymi podopiecznymi niczym zawodowy treser pokemonów. Możliwe jest dokupywanie oraz polepszanie ich umiejętności i wymiana broni na lepszą (Dominica to też dotyczy). Podobno jest to istotne dla rozgrywki – nie wiem, przeszedłem grę bez żadnych upgradów. Istotne jest natomiast wydawanie rozkazów członkom rodziny, mogą oni samodzielnie atakować wrogi lub bronić rodzinne meliny! Nie ukrywam, że takie pociąganie za sznurki bardzo mi się spodobało.

Grafika nie zachwyca. Ma swoje momenty, ale całość wypada raczej blado. Podobać mogą się miasta i niektóre pomieszczenia, reszta jest niestety pusta i nijaka. Postaci zostały wykonane schludnie, chociaż ich widok nie wywołuje zbytniego entuzjazmu. Odrobinę drażni ich „drewniana” mimika i animacja – wyjątek stanowią bohaterowie znani z kina, ich pojawienie zawsze skutkuje sentymentalnym uśmiechem na ustach. Modele samochodów trzymają poziom obecnej generacji, ale fizyka jazdy przypomina czasy sprzed GTA IV. Mam wrażenie, że każdy z dostępnych pojazdów waży co najmniej pięć ton – poruszają się jak muchy w smole. Dachowanie jest widokiem wyjątkowym, sam uświadczyłem dwa lub trzy wypadki tego typu. Problem z odklejeniem się od ziemi ma również Dominic. Nasz protegowany nie umie skakać! Tak, Godfather II to idealny przykład gry z otwartym światem, w której nie mamy podstawowych umiejętności pozwalających na eksplorację otoczenia. Świetny pomysł. Dobrze, że przynajmniej oprawa muzyczna została wykonana należycie – głosy podłożyli profesjonalni aktorzy, w radiu słychać szlagiery ówczesnych czasów a eksplozje i wystrzały brzmią „soczyście”.

W drugą część Ojca Chrzestnego da się grać. Podstawowa mechanika została wykonana bez polotu, ale przynajmniej rzetelnie. W ramach zadośćuczynienia otrzymujemy dodatkowo „Widok Dona”, który z pewnością zaspokoi taktyczne potrzeby domorosłych strategów (np. moje). Jeśli lubisz gry sandboxowe a książka i film na zawsze zapadły Ci w pamięć – bez obaw możesz spróbować tej wirtualnej adaptacji, będziesz zadowolony.

6/10


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *