Final Fantasy XIII

Trzynasty odcinek Ostatecznej Fantazji to produkt ze wszech miar egzotyczny. W naszej części globu japońskie RPG-i stanowią raczej skromną niszę, ale mają swoich oddanych fanów. Tym bardziej cieszy fakt, że rodzima Cenega z takim zapałem zaczęła promować dalekowschodnią grę. Jako specjalny wysłannik Miasta Gier miałem okazję zobaczyć ten tytuł przed premierą – zapraszam na gorącą relację!

Na początku muszę wspomnieć o tym, że nie jestem wielkim entuzjastą jRPG-ów. De facto, ostatni raz miałem z nimi do czynienia gdy ukazały się pecetowe porty FF VII oraz FF VIII. Nie mogę uchodzić za eksperta, ale seria Final Fantasy to prawdziwy klasyk. Myślę, że każdy fanatyk tego gatunku już dawno zapisał sobie ten tytuł na swojej liście „must have” – takich osób nie trzeba przekonywać. Wrażenia z gry, spisane z perspektywy amatora, mogą być jednak wartościowe dla miłośników klasycznych, zachodnich RPG-ów. Mam nadzieje, że dzięki mnie, choć odrobinę poznacie świat Finali.

Scenariusz jest strasznie infantylny, ale po kolei. Cześć 13. rozgrywa się w nowym uniwersum – w porównaniu do poprzednich, bardzo nowoczesnym. Mamy olbrzymie, latające miasto, futurystyczne statki powietrzne, superszybkie kolejki i inne dziwactwa. Takie Gwiezdne Wojny, z tym że po japońsku. Muszę przyznać, że ta stylistyka może się podobać, na pewno odróżnia FF XIII od innych produkcji tego typu. Opowiadana historia bardzo często ociera się o absurd. Wybory dokonywane przez postaci nie mają większego sensu, a całość jest przesadnie zagrana. Emocje wręcz wylewają się z bohaterów, co może przeszkadzać. Niestety – taki jest urok większości jRPG-ów. Wierzę, że po dłuższej grze całość nabiera kształtu i wciąga na tyle, że można zapomnieć o, pojawiających się od czasu do czasu, bzdurach.

Dane mi było zapoznać się ze wszystkimi głównymi postaciami. Lighting to seksowna chłopczyca – twarda i konkretna kobieta potrafiąca walczyć i używać magii. Snow to napakowany żołnierz będący obiektem westchnień większość japońskich nastolatek. Posiada bardzo rozbudowane ego, dzięki któremu wie, że jest prawdziwym bohaterem. Oerba jest drobną i młodziutką, rudowłosą dziewczyną – bardzo otwartą i spontaniczną. Korzysta z broni będącej połączeniem łuku z wędką i pejczem. To nie koniec obsady, w grze spotkacie wiele drugo i trzecioplanowych postaci, każda kolejna jeszcze bardziej zwariowana od poprzedniej. Jeśli uważacie, że hardzi wojacy nie mogą wyglądać jak wokalista Tokio Hotel – ta gra nie jest dla was. Kolejny element charakterystyczny dla japońskich role-playów.

Podobnie jak w poprzednich częściach, świat gry przypomina tunel. Nie nastawiajcie się na otwarte przestrzenie – eksploracja zazwyczaj polega na przejściu od punktu A do punktu B po jednej, słusznej drodze. Jednak nie można odmówić tej grze urody. Wirtualni aktorzy prezentują się wspaniale i niewiele różnią się od tych widocznych na prerenderowanych przerywnikach filmowych. Tylko ich dłonie wydają się zbyt… kanciaste. Otoczenie również trzyma poziom – nie jest tak wspaniałe jak na wspomnianych cut-scenkach, ale dalej potrafi oczarować. Jest to niewątpliwie zasługa wyszukanego i oryginalnego wzornictwa. W czasie wesołych spacerów po mapie bardzo często można spotkać wroga – wtedy nadchodzi czas na walkę. W rytmach charakterystycznego j-popu.

Final Fantasy XIII wprowadza pewną nowość – odrobinę zmieniony system walki. Teraz całość przebiega w czasie rzeczywistym. Wraz z drużyną zostajemy przeniesieni do swoistej areny, na której bez większego stresu bijemy się z wrogiem. Na ekranie widać specjalny, wciąż odnawiający się, pasek pozwalający na wykonywanie różnych czynności. Dana umiejętność, np. atak, „kosztuje” odpowiedni fragment tego wskaźnika. Cały mechanizm działa analogicznie jak wydawanie punktów akcji, dobrze znanych z mniej egzotycznych RPG-ów. Podczas walki możemy używać przedmiotów (mikstury itd.) oraz umiejętności. Jest również dostępna opcja auto-ataku. Dzięki niej można przyspieszyć powtarzające się i nudne bitwy, ale takie ułatwienie w sposób znaczący upraszcza grę. Przy mniej wymagających przeciwnikach wystarczy bezmyślnie wciskać jeden przycisk na padzie.

Właściwe żaden fragment FF XIII nie odpowiada temu, co większość graczy zna chociażby z Obliviona lub Dragon Age’a. W tej grze nie funkcjonuje nałogowe zbieranie przedmiotów lub zabijanie hord przeciwników (mobów) w celu zdobycia poziomu. Nawet interfejs zrobiony jest inaczej i korzysta się z niego w zupełnie odmienny sposób. Jasne, wszystko co napisałem powyżej to tzw. „oczywista oczywistość”, ale właśnie te różnice decydują o unikalności Final Fantasy. Nowi w tym świecie muszą się na to przygotować. Warto najpierw sprawdzić, czy taka rozrywka wam odpowiada.

Krótkie spotkanie z Final Fantasy XIII wywołało u mnie pozytywne wrażenia. Od mojego ostatniego romansu z jRPG-ami minęło już kilka lat, a pomimo tego, w kilka chwil wciągnąłem się w historię blond czarodziejki oraz jej znajomych. Nie przeżywałem jej z wypiekami na policzkach – po prostu dobrze się bawiłem. Nie ulega wątpliwości, że jest to tytuł stworzony dla wszystkich maniaków tego gatunku. Dla reszty może okazać się ciekawą alternatywą, o ile przemilczą liczne uproszczenia i zakochają się w orientalnej atmosferze nowego Finala.

Artykuł ukazał się na:
MiastoGier.pl


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *