Black Ops III daje facepalma

Moja przygoda z serią Call of Duty skończyła się na pierwszej części Black Ops. Przyznać muszę, że była to miła odmiana po pełnym klisz i skryptów Modern Warfare 2, ale i tak cała seria zdążyła mi się już wtedy znudzić. Patrząc z perspektywy czasu mogę spokojnie stwierdzić, że większość odsłon Call of Duty to proste, wręcz prostackie filmy akcji klasy B. Owszem, na początku nie mieliśmy w świecie FPS-ów takiego rozmachu oraz emocji, ale pod względem scenariusza seria praktycznie nigdy nie wyrwała się z podstawowych zagrywek. Wiecie, tak jakby połączyć political-fiction w stylu Clancy’ego z aktorskim kunsztem Stevena Seagala. Niby jest poważnie, ale ostatecznie i tak kończy się na wybuchach i biciu ludzi w indiańskiej kurtce z frędzlami.

Mój powrót do CoD-ów przyszedł wraz z zakupem Ghosts i w żadnym wypadku nie był podyktowany ciekawością. Byliśmy rodzinnie w Tokio, mieście gdzie tytuły tego typu nie mają wielkiego powodzenia, więc skuszony atrakcyjną ceną wersji używanej stwierdziłem, że zapoznam z serią żonę. Później sam pograłem i przeszedłem kampanię bez wielkiego zgrzytania zębów, w końcu to całkiem przyjemna strzelanka, choć scenariusz jest beznadziejny. Mimo wszystko, miła przygoda z Duchami sprawiła, że w ramach spóźnionego prezentu gwiazdkowego zamówiłem nowego Black Opsa. Recenzje wydawały się obiecujące a mnogość trybów gwarantowała przyzwoity czas rozgrywki. Nie rozczarowałem się ani trochę, ale przechodząc kampanię chyba pierwszy raz w życiu strzeliłem facepalma podczas grania, takiego wręcz teatralnego, z głośnym trzaskiem.

Dalej przeczytacie szczegóły scenariusza, od początku aż po sam koniec, więc jeśli nie graliście a chcielibyście przeżyć to sami, szybko zamknijcie tę stronę.

W Black Ops III wcielamy się w żołnierza (płeć do wyboru, niestety nie ma syren), który dołącza do elitarnego, cybernetycznego oddziału. Każdy członek tej niezwykłej jednostki ma wszczepioną specjalną magistralę, dzięki której kontroluje swoje wszczepy i jest w stałym kontakcie z bazą oraz otoczeniem. Nie trzeba być wielkim fachowcem żeby wiedzieć, że taki stopień integracji człowieka z technologią może skończyć się fatalnym w skutkach wrogim przejęciem. I wiecie co? Niespodzianka, tak właśnie się dzieje. Część oddziału dezerteruje i zaczyna siać bezsensowne zniszczenie. Wszystkiemu winien jest wirus, autonomiczne oraz zwariowane AI, które nie rozumiejąc czym jest człowieczeństwo, miota się i dąży w kierunku zagłady. Wątek sztucznej inteligencji budowany jest powoli i nawet ciekawie, szczególnie że towarzyszą mu dziwaczne wizje. Ostatecznie wytłumaczony jest jednak tak prosto, że urok tajemniczości pryska bezpowrotnie.

Omówiłem fabułę w ogóle, teraz czas na szczegół, który tak mocno odcisnął dłoń na moim czole. Scena dzieje się pod sam koniec, gdy nasz bohater i jego przyjaciółka, trochę obiekt zainteresowania miłosnego, szturmują laboratorium złowrogiej korporacji. W środku jest trujący gaz znany z poprzednich Black Opsów, który może dopełnić obrazu apokalipsy przedstawionego w grze. Trzeba więc zrobić wszystko, żeby zapobiec katastrofie, tym bardziej że nasz duet zdążył już poznać sekret szalejącej AI. Udana potyczka kończy się wejściem do sterylnego pomieszczenia z izolatką (clean-roomem) wypełnioną śmiercionośnym gazem. Niestety, panel kontrolny jest zniszczony, nie da się więc nic zrobić z zewnątrz… Trzymając pada w rękach od razu pomyślałem sobie, że zaraz ktoś się poświęci i zginie w chwale. Potem zacząłem się śmiać sam do siebie, bo dotarło do mnie jak głupi byłby ten zabiega. Tymczasem przerywnik filmowy trwał, kamera wodziła bez ładu po ścianach a gdy już zawył sygnał, mój bohater zobaczył swoją ukochaną w śluzie powietrznej. Potem nastąpiło niezręczne pożegnanie i poświęcenie się pozbawione żadnej podniosłości. Gaz zaczął płynąć a nasza koleżanka umierała w męczarniach powodowanych zmianami dermatologicznymi, które przeraziłyby nawet najlepsze konsultantki Avonu. Ręka już wtedy mnie świerzbiła, ale odpuściłem – w końcu to było oczywiste. Zaskoczeniem było jednak równolegle wkroczenie na scenę AI, które poinformowało, że z tym gazem to był tylko taki podstęp… Wtedy rozległ się trzask, który wybrzmiał jak miliony dłoni uderzających o czoło.

Opis być może nie oddaje klimatu tego zwrotu akcji, ale uwierzcie mi, że nawet dziecko przewidziałoby jego przebieg. Takie abusrdalne sceny w grach zdarzają się często, ale tutaj zabrakło podstawowych elementów, które w innych przypadkach ratują sytuację: ładunku emocjonalnego oraz jakiegokolwiek sensu.  Dzięki temu otrzymaliśmy przedwczesny moment kulminacyjny, który zasłużył na cyfrową nagrodę Darwina oraz jednocześnie, taczkę pełną Złotych malin dla scenarzystów oraz aktorów. Oprócz tego, że cała fabuła Black Ops III przestała dla mnie istnieć, zacząłem się dodatkowo zastanawiać jak to jest, że na takie szmiry wydaje się miliony dolarów. Ja bym nawet centa nie dał… Choć po chwili przypomniało mi się, że w poprzednim roku byłem w kinie na kasowym Jurassic Worldzie, czyli filmie po którym trzeba robić obowiązkową tomografię mózgu. Zwolnienie są z niej tylko osoby wierzące w paradokumenty pokroju Szpitala. Tak, to by wszystko tłumaczyło.

Źródło obrazka: callofduty.com


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *