Wielka nadzieja blaszaków

Tegoroczna Game Developers Conference była całkiem ciekawa. Techland pochwalił się bardzo efektownym, grywalnym fragmentem Call of Juarez: Węzły krwi. Crytek pokazał pierwszy film z quasi konsolowego CryEngine3, a twórcy Projektu Offset powrócili jak bumerang wraz z nowym zwiastunem swojej produkcji. Jakby tego było mało, sam Hideo Kojima zaskoczył wszystkich wspominając o nowej misji związanej z MGS-em. Jednak największą niespodzianką GDC 2009 było wystąpienie Steve’a Perlmana, który zaprezentował światu OnLive.

Czym jest OnLive? Jeśli wierzyć Perlmanowi, to zupełnie nowy i całkiem rewolucyjny pomysł, który może wywrócić do góry nogami obecnie istniejący rynek gier. Pewnie każdy z was kojarzy usługę VoD – wideo na życzenie. OnLive przekształca tę ideę w GoD – Games on Demand. Wystarczy średniej klasy komputer lub telewizor oraz szerokopasmowy dostęp do Internetu. Zasada działania jest bardzo prosta: logujemy się do systemu, wybieramy interesujący nas tytuł, OnLive automatycznie pobiera opłatę z naszej karty kredytowej i od tego momentu przez tydzień możemy cieszyć się wirtualnie wypożyczoną grą. Podobnie jak w przypadku tradycyjnej koncepcji usługi „na życzenie” wszystko odbywa się ad hoc, bez zbędnego czekania oraz high endowego sprzętu!

OnLive bazuje na unikalnej technologii streamingu. Dzięki temu wystarczy zwykły szary pecet, aby cieszyć się wszystkimi najnowszymi, obłędnie wyglądającymi grami. Można powiedzieć, że cała rozgrywka dzieje się „po stronie” serwera. Naciskając klawisz lub guzik na padzie, wysyłamy informację do supernowoczesnych maszyn OnLive, które odsyłają nam obraz z wynikami naszych działań. Brzmi jak cytat z opowiadania sci-fi, ale sympatyczny Steve jest pionierem tego typu rozwiązań – pracował m.in. nad QuickTime – można więc założyć, że opracowywana przez 7 lat technologia nie jest zakrojonym na szeroką skalę żartem.

Genialne w swej prostocie. Można cieszyć się nowymi produkcjami nie wydając nawet złotówki na sprzęt. Nawet nie trzeba mieć komputera, wystarczy specjalna MicroConsole podpinana pod telewizor oraz dedykowany jej pad. Jestem pewien, że znajdzie się duża grupa graczy, którzy zamiast zakupu konsoli lub peceta zdecyduje się na Games on Demand. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie znalazł dziury w całym. W przypadku OnLive dziur się nazbierało całkiem sporo.

Zaczynając od rzeczy najprostszych – zakładając, że abonament wyniesie 15-20$ a wypożyczenie dwóch gier miesięcznie będzie kosztowało nas 12-20$, łatwo policzyć, że w skali półtora roku koszty związane z OnLive będą równorzędne z zakupem 360-tki z podobną biblioteką gier. Okazuje się, że nowa usługa nie jest zbyt tania, a do rachunku należy doliczyć opłaty za Internet. Dostęp do sieci ma prawie każdy, ale Steve jasno zaznaczył, że aby cieszyć się jakością 720p należy podłączyć się pod kabel o przepustowości 5mbit! Maniacy powiedzą, że takie łącza są już powszechne, ale tak czy inaczej – taka przyjemność wiąże się z dodatkowymi kosztami, a to tylko wierzchołek góry lodowej potencjalnych problemów.

W większości gospodarstw domowych Internet jest dzielony na wiele sposobów. Trzeba wziąć pod uwagę, że jeśli żona/dziewczyna/siostra (niepotrzebne skreślić) zapragną wejść na Pudelka, jakość wyświetlanego obrazu przypomni nam epokę, w której nikt nie słyszał o HD. A łącza same w sobie nie są przecież doskonałe – uciekające pakiety mogą wywołać artefakty lub inne anomalie. Zapotrzebowanie OnLive na Internet może również nadwyrężyć limity dostawców – wtedy okaże się, że nasze nowe, prawdziwie szerokopasmowe łącze jest zupełnie bezużyteczne. Pomijam już możliwość wystąpienia całkowitej awarii providera lub serwerów OnLive, bo w takiej sytuacji pozostanie nam gra w szachy.

Nie ulega wątpliwości, że pomysł zaprezentowany na GDC jest zupełnie nowatorski i wprowadza dużo świeżości na rynku cyfrowej dystrybucji. Prezentacja Perlmana wywołała prawdziwą burzę w Internecie, każdy chciałby przewidzieć sukces lub porażkę Games on Demand. W chwili obecnej OnLive jest bezkonkurencyjne i stanowi swoiste pole doświadczalne – uważam, że trzeba do całego zamieszania podejść „na zimno” i poczekać do chwili faktycznego startu usługi. Za rok zobaczymy, kto miał rację – optymiści czy sceptycy?


Szeruj to jak zły: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on RedditEmail this to someonePrint this page

4 myśli na temat “Wielka nadzieja blaszaków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *